Co to znaczy mieć nadzieję? Czy mieć nadzieję to znaczy czegoś pragnąć? Hmm… chyba nie do końca. Może to oczekiwanie, że kiedyś nastąpi coś lepszego, że spełnią się nasze sny czy marzenia? To już bliżej, ale wciąż nie oddaje istoty nadziei. Trudno jest jednoznacznie zdefiniować nadzieję. Gdy próbujemy ją uchwycić słowami, zdaje się wymykać – traci swój głęboki sens. Lepiej widać ją w naszych działaniach, w gestach, w ruchach, w postawie ciała czy w mimice twarzy. Nadzieja to coś, co się czuje, a nie tylko rozumie.
Czym jest nadzieja?
Nadzieja to wewnętrzne uczucie, stan ducha, który pozwala nam wierzyć, że mimo trudności i niepewności przyszłość może przynieść coś dobrego. To swoisty motor napędowy, który pomaga przetrwać chwile zwątpienia i motywuje do działania – nawet wtedy, gdy sytuacja wydaje się beznadziejna. Nadzieja nie jest tylko biernym oczekiwaniem. To aktywna postawa, która daje siłę, by szukać rozwiązań i wierzyć w możliwość zmiany na lepsze. Często bywa niewidoczna na pierwszy rzut oka, ale można ją dostrzec w determinacji, w uśmiechu, w drobnych gestach – w tym, że ktoś się nie poddaje.
W skrócie: nadzieja to światło, które rozświetla mrok niepewności i pozwala iść naprzód.
Nadzieja popycha nas w jakimś kierunku. To nasza wewnętrzna gotowość do działania. Nasze działania są wyrazem nadziei. Jeśli z czegoś rezygnujemy – widać, że nam jej brakuje. Idąc na randkę, mamy nadzieję, że ta osoba okaże się kimś ważnym. Ucząc się, mamy nadzieję, że otrzymamy dobrą ocenę. Nadzieja zawsze odnosi się do przyszłości – spodziewamy się, że coś się wydarzy. Ktoś, na kogo czekamy, zadzwoni. Matura za rok pójdzie nam dobrze. Że za kilka, kilkanaście lat wszystko się ułoży i nabierze sensu. Że po śmierci pójdziemy do nieba. Po prostu – mamy nadzieję.
Nadzieja przynosi nam coś dobrego. Pozytywnie wpływa na nasze myślenie. Dodaje optymizmu wobec przyszłości, ale daje go nam już teraz. W tym właśnie momencie. To ona popycha nas do zmiany – bo gdyby jej zabrakło, nie mielibyśmy w sobie żadnej wewnętrznej potrzeby działania. Po co coś robić, jeśli jesteśmy przekonani, że nic z tego nie wyniknie? Że to, na czym nam zależy, i tak nie ulegnie zmianie?
Dlatego nadzieja jest tak ważna. To ona sprawia, że wciąż próbujemy. Że wierzymy. Że idziemy dalej – mimo wszystko.
czytaj też:
WEWNĘTRZNY MONOLOG – JAK WPŁYWA NA NASZE ŻYCIE?
Wiara i nadzieja – dwie siły, które trzymają nas przy życiu
Nadzieja jest ściśle powiązana z naszą wiarą. Wiara to przekonanie w coś, co nie zostało jednoznacznie udowodnione. Katolicy wierzą w Boga, choć nie ma na to niepodważalnych dowodów. Ja również jestem katoliczką i wierzę w boskość. Wierzę w Boga – nie w barana czy skorpiona – co dla mnie ma sens. To jednak nie znaczy, że musi mieć sens dla innych.
Wiara może być naszą wewnętrzną myślą – opartą na osobistym doświadczeniu, analizie, rozumieniu świata, na naszej własnej prawdzie. Może też być bardziej zewnętrzna – wynikać ze słów i przekonań innych ludzi, z tego, co usłyszeliśmy, w co zostaliśmy wtłoczeni. Ale skąd pewność, która z tych wiar jest prawdziwa, a która nie? Która dostrzega istotę rzeczy, a która ją zaciemnia? To każdy z nas musi sam odkryć.
Dla mnie Bóg istnieje, bo czuję Go wewnętrznie – choć ateiści twierdzą, że nigdy Go nie zobaczę. Ale dla mnie nie chodzi o zobaczenie – chodzi o odczuwanie, o głęboką pewność, która nie wymaga dowodów.
W pewnym momencie życia większość z nas została brutalnie obudzona i postawiona przed faktem, że to, co mówią ludzie, nie zawsze pokrywa się z tym, co naprawdę myślą. Że to, co głoszą, nie zawsze jest prawdą. I właśnie wtedy wiara w nieprawdę może zniszczyć naszą nadzieję. A przecież nadzieja nie ma innej podstawy niż wiara.
Pozostaje więc pytanie – na jakiej wierze oprzeć swoją nadzieję? Na tej zewnętrznej, podsuwanej przez innych? Czy na tej wewnętrznej, wypływającej z naszego wnętrza?
To pytanie, na które każdy z nas musi odpowiedzieć sam.
czytaj tez:
Utracona nadzieja – kiedy nadzieja umiera
Gdy nadzieja zostaje nam odebrana, bardzo trudno jest ją na nowo rozbudzić. Kiedy znika, życie jakby traci sens. Staje się pustką, bezsensem, beznadzieją. Utrata nadziei to rozpacz i czarnowidztwo, to zapadanie się w wewnętrzną otchłań.
Nadzieja jest tym elementem naszej duszy, który nadaje kierunek naszym myślom i uczuciom. Gdy jej brakuje, myśli zaczynają krążyć wokół bolesnych rozczarowań. Człowiek ogranicza swoje oczekiwania, wycofuje się z działań, wyrzeka się swoich marzeń. Zaczyna żyć życiem pustym, rezygnując z tego, co wydaje się poza jego zasięgiem.
Może wtedy pojawić się niechęć do życia. Człowiek zaczyna działać destrukcyjnie – wobec siebie i innych. Z zewnątrz może wyglądać, jakby funkcjonował normalnie, ale wewnątrz nosi zrezygnowany optymizm połączony z głęboką pustką i rozpaczą.
Gdy nadzieja boli, a wiara daje siłę – list od Alicji
Jak pisałam wcześniej – nadzieję trudno jednoznacznie zdefiniować. Często lepiej widać ją w naszych działaniach niż w słowach. Dlatego postanowiłam opublikować fragment listu mojej czytelniczki, który przysłała mi na skrzynkę. To bardzo osobiste wyznanie, ale z jej zgodą dzielę się nim tutaj – być może ktoś z Was odnajdzie w nim cząstkę siebie.
„Jestem Alicja. Prowadzisz wspaniałego bloga i uwielbiam Cię czytać. Poruszył mnie kiedyś Twój wpis o miłości do Boga i ciągłej wierze w Niego. Postanowiłam podzielić się swoimi przeżyciami, bo – jak wiadomo – gdy wyrzucisz coś z siebie, od razu robi się jakoś lżej na duszy.”
Po trzydziestce dowiedziałam się, że zostałam adoptowana. Świat zawalił mi się na głowę. Nie wiedziałam, jak na to zareagować ani co zrobić dalej z tą wiedzą i swoim życiem. Biologiczni rodzice mnie porzucili – nie chcieli mnie, a ja trafiłam do rodziny adopcyjnej, która mnie wychowała. Od momentu, gdy się o tym dowiedziałam, za wszelką cenę chciałam poznać powody ich decyzji i odkryć całą prawdę.
Całymi dniami i nocami szukałam informacji – przeszukiwałam archiwa, wertowałam niemal wszystkie księgi w miejskim urzędzie. Rodzice adopcyjni mówili, że nic nie wiedzą na temat biologicznych rodziców. Ja jednak ślęczałam nad każdą nową informacją, szukałam najmniejszych szczegółów. Popadałam w obsesję – moje myśli krążyły tylko wokół nich.
Mąż, widząc, jak bardzo się męczę, powiedział mi, żebym dała temu spokój. „Nigdy się tego nie dowiesz” – rzucił mimochodem. Jego wrzuciły mnie w mroczną rzeczywistość. Z każdym dniem traciłam nadzieję, że kiedykolwiek ich poznam i zrozumiem. A słowa męża raniły mnie jeszcze bardziej.
Iskierka nadziei w najciemniejszym momencie – dalsza opowieść Alicji
Depresja zbierała swoje żniwo. „Dlaczego mnie porzucili? Czy nie potrafili mnie pokochać?” – krzyczałam nocami, szlochając z żalu. Po długim okresie bólu i głębokiego wewnętrznego cierpienia w końcu odnalazłam małą iskierkę nadziei.
Pomyślałam, że to niemożliwe, by mnie nie kochali. Może po prostu nie mogli się mną zająć tak, jak było to potrzebne. Może nie potrafili mnie wychować, dlatego oddali mnie, aby ktoś inny mógł mnie kochać. W końcu nie porzucili mnie na śmietniku, lecz powierzyli w dobre ręce. W ich decyzji musiało być coś dobrego.
Ta maleńka iskierka, rozbudzona w najtrudniejszym momencie życia, dodała mi siły, otuchy i odwagi, by iść dalej. Rozpacz zaczęła się zmniejszać, a ja powoli zaczynałam godzić się ze swoim losem.
Powolutku wracałam do życia, choć sama nie potrafiłam do końca uporać się ze wszystkim. Momenty bólu, rozpaczy i nieokiełznanej złości na nich często wracały. W końcu postanowiłam pójść na terapię. Przeszłam jedną, potem kolejną sesję. Terapeuta proponował kolejne spotkania, podobno według najnowszych nurtów, znanych tylko nielicznym — nie do końca rozumiałam te schematy, ale ufałam procesowi.
Terapia trwała kilka lat. Poukładałam sobie wiele spraw w głowie. W pewnym sensie doszłam do rozejmu — choć bolesnego — z moimi biologicznymi rodzicami. Pomogło mi też pisanie listów do nich, choć ich nigdy nie wysłałam.
Życie nadal dawało w kość, ale wiedziałam, że to wszystko jest dla mojego dobra. W tym wszystkim jest jakiś sens — tłumaczy tak wiele. Tyle doświadczeń, przeżytych emocji, życiowej nauki i zrozumienia. Choć to zrozumienie nie przyszło łatwo.
To wszystko dla mojego wewnętrznego dobra i szczęścia — to ma sens, to jest mój główny sens. Z tą myślą żyło mi się jakoś lepiej.
Gdy nadzieja runęła — bolesne odkrycie Alicji
Do czasu, aż wszystko legło w gruzach — razem z odkrytym wcześniej sensem. Rzeczywistość przestała do niego pasować. Nic już mi nie pasowało. To, co się stało, zburzyło most łączący mnie z moimi biologicznymi rodzicami.
Na strychu w ich rodzinnym domu znalazłam kartkę, na której widniała kwota, jaką moi rodzice adopcyjni zapłacili za mnie. Tego nie potrafiłam pojąć. Jak można być tak okrutnym i sprzedać własne dziecko? Jak można było mnie kupić? Moi rodzice adopcyjni wcale nie byli lepsi — a na dodatek przez cały czas mnie okłamywali.
Byłam wściekła na obie strony. Wszystko powróciło — bolesne słowa, które teraz raniły jeszcze bardziej. Próbowałam to wszystko połączyć, analizowałam na wszystkie możliwe sposoby, układałam na nowo. Niestety, sprzedaż nie pasowała do odkrytego wcześniej sensu — była jego przeciwieństwem, co jeszcze bardziej mnie raniło.
Jak można było sprzedać własne dziecko? Wykorzystać taką małą, niewinną istotę do własnych celów — i to za… 13 tysięcy. Nigdy, przenigdy nie mogłabym sprzedać własnego dziecka. A może na dzieciach robiono jakiś większy biznes? Może sprzedawano je masowo? Może nie byłam jedyna? Boże, może gdzieś po świecie błąka się moje ośmioro czy dziewięcioro rodzeństwa…
Zamknięcie rozdziału — próba odnalezienia siebie po bolesnej prawdzie
To był koniec. Nie miało to już sensu. Postanowiłam zamknąć ten rozdział mojego życia i zacząć żyć na nowo — własnym życiem. Jakoś się udawało, choć cały czas czułam na plecach ich oddech. Żyłam z dnia na dzień, nie mogąc do końca odnaleźć wewnętrznej równowagi, zwłaszcza gdy wracałam myślami do moich biologicznych rodziców. Inne, codzienne sprawy potrafiłam szybko przetrawić — terapia miała pozytywny wpływ. Jednak gdy przypominałam sobie, że mnie sprzedali, wszystko we mnie zamierało.
Nie potrafiłam tego zrozumieć i do dziś nie pojmuję. Czy to był błąd? Czy rzeczywiście tego chcieli? Nawet jeśli był to błąd, coś musiało ich do tego pchnąć — może siła wyższa, bo tylko tak potrafię to sobie wyjaśnić. Ziemskie argumenty wyczerpałam.
Każde działanie dąży ku jakiemuś celowi — nawet błąd. Może moje istnienie nie było takie, jakiego oczekiwali. Może chcieli mnie uwolnić z nieśmiałości i odsłonić mi świat, choć byłam niemowlakiem. Ale to nie ma sensu — przecież tu chodziło o pieniądze.
List, którego nigdy nie wysłałam – głos wewnętrznego bólu
W takich bolesnych chwilach nadzieja może dawać ukojenie. Może łagodzić serce i goić rany. Tylko że ja wtedy jej nie miałam. Stałam się zimna i oschła – nie tylko wobec innych, ale nawet wobec samej siebie. Choć gdzieś wewnątrz, głęboko, nadal tliło się we mnie ciche światełko.
Nie wiedząc, jak poradzić sobie z tym bólem, postanowiłam napisać list do moich biologicznych rodziców. Mój terapeuta zalecał tę formę terapii. Wzięłam kartkę i zaczęłam pisać, choć każde zdanie było jak cięcie nożem.
„Drodzy…” – nie, do cholery. Skreślam. „Żałuję…” – jeszcze bardziej nie. „Oddaliście mnie…” – nie. Po prostu nie.
„Sprzedaliście mnie obcym ludziom, nie interesując się ani mną, ani moim przyszłym rozwojem psychicznym. Naprawdę chciałabym zrozumieć, a jeszcze bardziej – usłyszeć z waszych ust, dlaczego to zrobiliście. Co ma myśleć osoba adoptowana, gdy mija na ulicy kobietę i mężczyznę w odpowiednim wieku? „Może to moi rodzice? Może ta kobieta, która powiedziała mi wczoraj ‘dzień dobry’, to moja matka?” I co mam wtedy odpowiedzieć? „Dzień dobry”? A może: „Przykro mi, ale pani nie znam, jest pani dla mnie obcą osobą”? Każde takie spotkanie rozdziera mnie na nowo. Każdy widok kobiety lub mężczyzny, którzy mogliby być nimi, wywołuje we mnie ogromny ból. Jak mam reagować, pytam? Udawać? Żyć w ciągłym kłamstwie?
To wszystko mnie wewnętrznie krzywdzi. Każda taka scenka odbiera mi odrobinę nadziei i wiary w ludzi.”
Chwila wolności i niedokończony list — droga Alicji jeszcze się nie skończyła
Samo napisanie listu okazało się niewystarczające. Czułam, że muszę go opublikować — może przypadkiem go przeczytają, może postanowią się ujawnić. Chyba żyłam złudną nadzieją, że ich jeszcze odnajdę. Ostatecznie jednak nigdy go nie opublikowałam. Nie dostałam odpowiedzi, nie pojawiło się żadne pocieszenie. Może po prostu zabrakło mi wtedy czasu… albo odwagi.
Pamiętam, że w trakcie długiej kąpieli coś nagle zrozumiałam. Zapytałam siebie: Dlaczego ja tak usilnie tego szukam? Dlaczego tak bardzo mi na tym zależy? Czy naprawdę chcę, żeby jacyś obcy ludzie dodali mi otuchy i nadziei? Przecież ich słowa będą tylko zwykłymi ludzkimi, często poplątanymi znakami — takimi samymi jak kiedyś słowa mojego męża.
Czy to naprawdę by coś dla mnie znaczyło? Zrozumiałam, że ostateczna nadzieja nie leży w słowach innych ludzi. Jest czymś większym. Kiedy ją słyszysz, czujesz, że nic nie może się z nią równać. Nic nie są warte puste słowa, nawet te wypowiedziane z troską.
To coś daje ci wewnętrzną wolność. Uwalnia cię z łańcuchów, w których tkwiłaś przez całe życie. Jesteś ponad tym wszystkim. Przez chwilę poczułam się jak wolny ptak. Ktoś mógłby powiedzieć, że obroniłam doktorat z życia. Ale cóż – cud nie trwał długo. Może tylko chwilę.
Tak, to cudownie uczucie – wolność. Ale co dalej?
Jak mam teraz zareagować na wszystko, co się wydarzyło? Im dłużej myślałam, tym bardziej ogarniał mnie dziwny, niezrozumiały lęk. Nie mogę tak tego zostawić. Muszę coś z tym zrobić, muszę w końcu zmierzyć się z prawdą. Muszę zamknąć sprawę z moimi rodzicami – zarówno adopcyjnymi, jak i biologicznymi.
Pomiędzy sercem a rozumem — ostatnia walka Alicji
Napisałam kolejny list, w którym wykrzyczałam całe swoje cierpienie. W pewnym sensie załatwiło to sprawę z moimi biologicznymi rodzicami. Pogodziłam się z nimi w swoim sercu. Przestałam szukać odpowiedzi, których i tak już nie dostanę.
Gorzej było z rodzicami adopcyjnymi. Oni wciąż próbowali mnie przepraszać za to, co zrobili. Ale nawet tysiąc przeprosin nie wystarczyłoby — bo, sorry, ale muszę sama jakoś połączyć serce z rozumem. Tłumaczyli, że bardzo pragnęli mieć dziecko. Że to była ich ostateczność. Że gdyby musieli, zrobiliby to jeszcze raz – bez najmniejszych skrupułów. Żałują tylko, że nie powiedzieli mi prawdy wcześniej.
Dzwonili codziennie. A ja codziennie odrzucałam słuchawkę. Ale oni nie przestawali. Powtarzali, jak bardzo mnie potrzebują, jak bardzo chcą być przy mnie. I któregoś dnia postanowiłam, że dam im szansę — skoro aż tak im zależy. Ale ta decyzja wcale nie przyszła łatwo.
Biłam się z nią dniami i nocami. To była prawdziwa walka dobra ze złem. Moja demoniczna strona nie zostawiała na nich suchej nitki. Moje skrzywdzone wewnętrzne dziecko bało się, że znów zostanie zranione. A jednak… coś we mnie cicho szeptało, że muszę. Że warto spróbować. Że może właśnie teraz, po tylu latach, zbliżamy się do prawdziwej rozmowy.
Coś mnie pchało w ich kierunku. I choć serce wciąż bolało — postawiłam pierwszy krok.
Pierwszy krok ku rodzinie — spotkanie po latach
Któregoś dnia niespodziewanie wpadłam do nich na kolację. Ucieszyli się na mój widok, a ja powiedziałam im szczerze, jak trudno mi jest zaufać po tylu latach kłamstw i zdrady, które złamały mnie wewnętrznie. Nie wiem, czy kiedyś uda nam się coś konkretnego zbudować na nowo, ale jestem gotowa iść do przodu, trzymając w ręce czystą kartkę.
„Tylko błagam — dajcie mi chwilę spokoju, abym mogła powrócić do siebie. Potrzebuję was i kocham was. Jesteście moją rodziną.”
18 lutego, roku pańskiego… którego dokładnie nie pamiętam — znajdź grafologa, może on ci powie więcej.
Alicja „
Do Alicji – nadzieja jako siła, która prowadzi przez mrok
Czytając Twój list, poczułam głęboką empatię dla bólu i rozdarcia, które w nim wyrażasz. Twoja odwaga, by zmierzyć się z trudną przeszłością i otworzyć drzwi do pojednania, jest naprawdę inspirująca. Wiem, że odbudowanie zaufania po tylu zranieniach to ogromne wyzwanie, ale widzę w Tobie siłę, która może to umożliwić.
Twój list jest pięknym świadectwem, jak nadzieja potrafi rozbłysnąć nawet w najciemniejszych chwilach. To właśnie ona daje siłę, by przebaczyć i próbować na nowo zaufać, mimo bolesnych doświadczeń. Nadzieja nie obiecuje łatwych rozwiązań, ale pozwala iść do przodu z odwagą i otwartym sercem.
Trzymanie „czystej kartki” symbolizuje tę gotowość na nowy początek, na który każdy z nas zasługuje. Warto pielęgnować tę iskierkę, która rozświetla trudne chwile i przynosi ukojenie. Nadzieja jest jak latarnia — choć czasem słaba, zawsze wskazuje drogę do wewnętrznego spokoju. Życzę Ci, by ta nadzieja była nieustannie obecna na Twojej drodze do siebie samej i prawdziwej bliskości z innymi.
